04.02.2014

Projekt Huaca 2014

Memoriał Piotra Morawskiego "Miej Odwagę" corocznie wspiera najciekawsze wyprawy i projekty poznawcze, podróżnicze, wspinaczkowe lub narciarskie. Pomaga realizować marzenia ludziom z pasją i ciekawymi pomysłami.
Obecnie trwa IV edycja Memoriału i warto wesprzeć jeden z fascynujących projektów, które biorą w nim udział. Niestety, przeglądając projekty ma się czasem wrażenie, że niektórzy chcą po prostu, by ktoś zasponsorował im wakacje... Są też jednak ciekawe i wartościowe pomysły, podszyte chęcią poznawania i pasją naukową. Jednym z nich jest Projekt Huaca 2014 Kingi Winnickiej i Arkadiusza Sałaty, dwójki młodych archeologów z Wrocławia zafascynowanych kulturami starożytnego Peru. Marzą oni o wyprawie w Andy Amazońskie śladami kultury Chachapoyas. Dysponują solidną podstawą wiedzy akademickiej i chcą dotrzeć do mniej znanych stanowisk archeologicznych, być może odkryć zupełnie nowe i popularyzować wiedzę o przedinkaskich kulturach Peru.

Głos nic nie kosztuje, oddajcie go na wartościowy projekt, który wspomoże młodych archeologów w ich pasji, a być może doprowadzi do nowych, wspaniałych polskich odkryć w Ameryce Łacińskiej (Polacy mają już na tym polu zasługi, choćby w Gwatemali...) !!!!!!!!!!!

GŁOSOWAĆ MOŻNA TUTAJ: KLIK

A to blog Kingi i Arka, który będą uzupełniać o szczegóły wyprawy, ciekawostki na temat archeologii Andów i informacje o sobie: http://projekt-huaca.blogspot.com/



24.12.2013

PERU W PRAKTYCE, czyli jak nie zginąć w Kraju Inków

(Artykuł pojawił się wcześniej w portalu Monoloco)

Przed wyjazdem do Peru nasłuchałam się i naczytałam wielu mrożących krew w żyłach historii o tym, co może mnie w tym kraju spotkać – począwszy od kradzieży, poprzez trzęsienia ziemi, a na tropikalnych chorobach skończywszy. Pewnie spotykają się z nimi wszyscy, którzy jadą do jakiegokolwiek kraju Ameryki Południowej. Przez kilka miesięcy pobytu nie spotkało mnie jednak nic złego i do dziś nie wiem czy to dlatego, że te straszne historie – jak to zwykle bywa – są wyolbrzymione, czy po prostu miałam wielkie szczęście. Jedno nie ulega wątpliwości: do Peru na pewno wybrać się warto. Dzielę się więc z wami kilkoma poradami co do tego, jak sobie poradzić w Kraju Inków i spostrzeżeniami na temat peruwiańskiej rzeczywistości.


1. Lądowanie w Limie
Najprawdopodobniej większość przylatujących z Europy (o ile nie wszyscy) wyląduje w stolicy kraju, Limie. I jeśli jest to wasze pierwsze zetknięcie z tym miastem, musicie wiedzieć, że lotnisko znajduje się w Callao, części stolicy, która cieszy się sławą niebezpiecznej. Dlatego, aby wydostać się z lotniska, koniecznie weźcie porządnie oznakowaną taksówkę. Dlaczego porządnie oznakowaną? Otóż co trzeci samochód na ulicach Limy to taksówka, tyle że wiele z nich nie należy do żadnej firmy, ma przylepioną na szybie karteczkę z napisem „taxi” i choć często kosztuje taniej niż oficjalne taxi – może być niebezpieczne. Prawdopodobnie większość z nich dowiezie nas bezpiecznie we wskazane miejsce, ale zdarzały się też i zdarzają porwania turystów w celach rabunkowych, dlatego lepiej zapłacić kilka soli więcej dla pewności. I tu pojawia się kolejny problem – no właśnie, ile zapłacić? Dopóki nie zorientujemy się w cenach obowiązujących za kursy, trzeba uważać, żeby nie dać się naciągnąć i przede wszystkim ustalić cenę z góry, zanim wsiądziemy do samochodu. W przypadku oficjalnych firm, na lotnisku znajdziemy cennik, który mówi, ile zapłacimy za kurs do konkretnej dzielnicy. Np. do dzielnicy Pueblo Libre, gdzie mieszkałam, kurs z lotniska kosztował ok. 30 soli, do dzielnic turystycznych takich jak Miraflores czy Barranco cena będzie na pewno dużo wyższa. Ze znalezieniem taksówki nie będziemy za to mieć problemu – wystarczy wyjść przed budynek lotniska i zostaniemy zasypani propozycjami.


2. Jak poruszać się po mieście?
Lima jest dziesięciomilionowym molochem, więc przemieszczanie się z jednej dzielnicy do drugiej może zająć sporo czasu. Jeśli mamy go w nadmiarze, a do tego chcemy zasmakować lokalnego kolorytu, polecam poruszanie się omnibusami i „combi”. Jest to najtańsza opcja, choć są bardzo zatłoczone i trzeba mieć oczy dookoła głowy, aby nie zostać okradzionym. Przystanki są wszędzie, gdzie jest taka potrzeba – tylko w samym centrum są oznaczone, we wszystkich innych miejscach wystarczy pomachać ręką i kolorowy autobus się zatrzyma. Każdy ma „naganiacza”, który wykrzykuje głośno kierunek jazdy. Jeśli mamy wątpliwości, czy to na pewno nasz autobus (nigdzie nie ma rozkładów jazdy), można zapytać o to naganiacza, którego można też poprosić, aby wskazał nam, gdzie mamy wysiąść. Ile zapłacić? Najlepiej spytać innych pasażerów, ile kosztuje kurs w konkretne miejsce, bo ceny raczej nie zgadzają się z tym, co widnieje na bilecie. Jeśli jedziemy jedną prostą – zazwyczaj jest to 50 centimos, jeśli trasa jest dłuższa i bardziej zawiła – 1 sol, a za ponad godzinny przejazd z mojej dzielnicy do turystycznych Miraflores czy Barranco płaciłam 1,5-2 sole. Prawda, że tanio?
Jeśli jednak nie mamy czasu lub boimy się lokalnego transportu Limy (potrzeba dobrych paru dni, żeby ogarnąć jego funkcjonowanie), wystarczy zatrzymać się na ulicy i machnąć ręką na taksówkę – najlepiej zaproponować na początek swoją cenę, np. „Miraflores, 10 soles?”. Taksówkarz pewnie zacznie się targować. Jeśli odjedzie bez nas – znaczy, że przesadziliśmy i faktycznie mu się nie opłacało. Jeśli jesteśmy grupką, bardzo opłaca się wziąć taxi, bo cenę dzielimy na liczbę osób i transport przez pół miasta kosztuje nas np. 2 sole, czyli niewiele więcej niż autobusem (do peruwiańskich samochodów mieści się wielu pasażerów – nas zmieściło się kiedyś siedmioro w jednej taksówce).
Na obrzeżach miasta i też w mniejszych miastach i miasteczkach Peru (na zdjęciu poniżej miasto Ica) dobrym i tanim środkiem lokomocji jest też „mototaxi”.




3. Waluta i ceny
Peruwiańska waluta to „nuevo sol” (PEN), jego nazwa oznacza dosłownie „nowe słońce”. W tej chwili jeden sol to około 1,20 PLN. Jeśli chodzi o ceny, to są porównywalne do cen polskich, niektóre produkty są tańsze (bardzo tanie i pyszne warzywa i owoce), niektóre droższe (nabiał), inne w podobnych cenach (pieczywo, książki, ubrania, pamiątki).
Uwaga, powszechnie przyjmowane są też w Peru amerykańskie dolary (USD). Można je wypłacać w bankomatach, czy płacić nimi w supermarketach. W bardzo turystycznych miejscach często podawane są ceny w dolarach. Zdarza się, że tam, gdzie Peruwiańczyk płaci 10 soli, turysta musi zapłacić 50 dolarów (słynny przykład pociągu do Machu Picchu). Inne ceny wejściówek do sławnych zabytków dla obywateli kraju i dla zagranicznych turystów to niestety norma. Turystyczne miejsca niestety są przez to drogie dla Polaków i jeśli wciąż jesteście studentami, warto mieć ze sobą kartę ISIC, która gwarantuje wiele zniżek.
Z mojego doświadczenia wynika, że przy dłuższym pobycie najlepiej mieć konto walutowe w dolarach i nie wypłacać z bankomatów bezpośrednio soli (niekorzystny przelicznik), ale wypłacać dolary i wymieniać je na sole w kantorach.
To, ile będziemy płacić, zależy jednak od wielu czynników. Jeśli wybierzemy drogie hotele lub turystyczne restauracje, musimy liczyć się z europejskimi cenami. Warto jednak zatrzymywać się w hostelach dla „backpackersów” lub lokalesów (15-30 soli za noc) i jeść w barach, na rynkach lub ulicznych stoiskach – tam, gdzie jedzą Peruwiańczycy (1 sol za pyszny kawał domowego ciasta, 1 sol za wielką szklankę świeżego soku z pomarańczy, kawałek arbuza lub ananasa, 6-8 soli za dwudaniowe menu z deserem, 2-3 sole za obfite śniadanie).
Jeśli chodzi o targowanie się, można to robić np. o cenę wycieczki w lokalnym biurze podróży czy o taksówkę, natomiast nie zawsze jest godne polecenia przy kupowaniu pamiątek. Jeśli widzimy, że ktoś ewidentnie próbuje nas naciągnąć, można się targować. Jeśli kupujemy gdzieś więcej przedmiotów, także możemy prosić o zniżkę, zazwyczaj w każdym przypadku opuszczą nam cenę o kilka soli. Jednak targowanie się w Peru nie jest ulubionym „sportem” tak jak w krajach arabskich i czasem jest nie na miejscu – kiedy widzi się smutne twarze czy spracowane ręce Indianek, sprzedających rękodzieła w Andach, można mieć raczej wrażenie, że okrada się te osoby, które i tak niewiele mają na życie. Osobiście wolę zapłacić kilka soli więcej za spokój sumienia.


4. Jak ochronić się przed kradzieżą?
Generalnie nie ma wielu ludzi, którzy wyjeżdżając z Peru po długim pobycie mogą powiedzieć, że ani razu nie zostali okradzeni. Zdarzyło się to nawet mojemu znajomemu, który mieszka już w Peru od kilku lat i wydawałoby się, że wie, jak należy się pilnować. Cóż, ja miałam widocznie wielkie szczęście. Jak zmniejszyć ryzyko bycia obrabowanym? Przede wszystkim nie nosić ze sobą wielu cennych rzeczy i nie w miejscach rzucających się w oczy. Ja zazwyczaj w ogóle nie miałam ze sobą portfela – brałam odliczoną sumę pieniędzy, których spodziewałam się potrzebować i rozkładałam je po kilku różnych kieszeniach (najlepiej wewnętrznych kieszeniach kurtki czy bluzy). Przy dłuższych wycieczkach nie należy trzymać wszystkich pieniędzy i kart do bankomatu w jednym miejscu. Koniecznie trzeba mieć przy sobie kopie dokumentów, a oryginał paszportu niech leży bezpiecznie gdzieś w szufladzie czy schowku. Lepiej mieć plecak niż torbę przewieszoną przez ramię (trudniej go wyrwać) i w zatłoczonych miejscach (a najlepiej zawsze) nosić go z przodu. W restauracjach nie spuszczajmy plecaka czy torby nawet na chwilę z oka – trzymajmy go na kolanach, a nie pod stołem czy obok krzesła, a jeśli jest za duży i musimy go postawić na ziemi, przywiążmy go lub przypnijmy do nogi krzesła, albo najlepiej do swojej nogi. W wielu barach zdarzało się, że obsługa sama nam to zalecała, bo nikt nie bierze odpowiedzialności za nasze rzeczy. Kolejna zasada to nie zapuszczać się samemu w podejrzane miejsca (np. nie chodzić w dzielnice slumsów bez towarzystwa lokalnych mieszkańców), a już zwłaszcza nie po zmroku. I ogólnie – kierować się zawsze zdrowym rozsądkiem, bo przecież na dobrą sprawę, jak ktoś jest nieostrożny, to niebezpieczne przygody, napady i kradzieże zdarzają się dość często również w Polsce.



5. Choroby i kataklizmy
Wielkiego trzęsienia ziemi, które miało zmieść pół Limy i którego mieszkańcy spodziewają się od pewnego czasu, na szczęście nie doświadczyłam. Jednak niewielkie wstrząsy zwane „temblores” zdarzają się w Peru bardzo często i nie ma co wpadać z ich powodu w panikę. W większości budynków są oznaczone bezpieczne strefy, w których należy schronić się w razie trzęsienia – ściany, które teoretycznie nie powinny się zawalić. Wielkich kataklizmów też w historii kraju było kilka, niestety siłom natury zaradzić nie ma jak, więc jedyne co nam pozostaje to nie martwić się na zapas, dopóki nie znajdziemy się w centrum apokalipsy.
Uchronić za to możemy się przed niektórymi chorobami – myjąc ręce przed jedzeniem, myjąc owoce i warzywa w przegotowanej wodzie, nie pijąc wody z kranu ani z innych niejasnych źródeł. Przez pierwsze dni należy być ostrożnym z jedzeniem, bo flora bakteryjna żołądka musi się dostosować do nowych warunków. Zdarzają się często zatrucia pokarmowe wśród podróżników, ja jednak jadłam wszystko (również ze stoisk ulicznych) i nic mi nigdy nie było.
Dobrze jest zaszczepić się na WZW A i WZW B, a jeśli wybieramy się w region dżungli amazońskiej, najlepiej także zrobić sobie ważną przez 10 lat szczepionkę przeciwko żółtej febrze. Malaria nie występuje raczej za często w Amazonii peruwiańskiej, ja nie brałam żadnych leków antymalarycznych, najlepiej chronić się po prostu dobrze przed ugryzieniami owadów (silne środki przeciw insektom, długie rękawy).
W Andach łatwo jest o „soroche” – chorobę wysokościową. Może nas dopaść zwłaszcza wtedy, gdy zmiana wysokości będzie zbyt gwałtowna, np. gdy przylecimy z Limy do Cuzco samolotem. Przebycie drogi autobusem daje nam większą możliwość powolnej aklimatyzacji, ale też każdy przypadek jest indywidualny. I tu znów – ja nie odczułam żadnych dolegliwości związanych ze zmianą wysokości, mimo że były to moje rekordy. No, może nieco szybciej się męczyłam przy wchodzeniu pod górkę.


6. Czym podróżować po kraju?
We wszystkie turystyczne miejsca można dostać się autobusem. Z Limy można też dostać się samolotem do innych ważniejszych miast Peru (np. Arequipa, Cuzco, Iquitos). Pociągi nie kursują na zbyt wielu trasach i przeważnie są drogie (Cuzco-Aguas Calientes, Cuzco-Puno). Między mniejszymi miejscowościami jeździ wiele lokalnych busików, którymi przemieszczają się Peruwiańczycy i kosztują niewiele (1,5-5 soli na kursy pomiędzy miejscowościami w Świętej Dolinie Inków), ale na dłuższe trasy (Lima-Cuzco, 21 godzin podróży, kręte andyjskie drogi) nie polecam niesprawdzonych, rozklekotanych autobusów, ale porządne firmy przewozowe (np. Cruz del Sur, Ormeño) ze względu na dużą ilość śmiertelnych katastrof, które się wydarzyły ostatnimi czasy, a spowodowane były nieostrożnością kierowców na niebezpiecznych górskich trasach. Zwykłe autobusy zatrzymują się też w różnych nieoznakowanych miejscach, by „zgarnąć” pasażerów, przez co zdarzało się, że wszyscy podróżujący przykładowo padali ofiarą napaści. Autobusy Cruz del Sur są uznawane za najbezpieczniejsze i najbardziej komfortowe. Bilety w normalnych cenach są też niestety drogie, ale jeśli kupuje się je z dużym wyprzedzeniem czasowym (można to zrobić przez stronę internetową), można znaleźć kilka miejsc w taryfie o nazwie „insuperable”, które są najtańszą opcją z możliwych, tańszą niż zwykłe autobusy lokalne. Zazwyczaj wystarczał tydzień wyprzedzenia, aby udało mi się kupić tanie bilety w Cruz del Sur.


7. Co jeść?
Jak już wspominałam, polecam jedzenie na ulicznych straganach i na rynkach tego wszystkiego, co jedzą Peruwiańczycy w danym miejscu. Zachwyci nas przede wszystkim bogactwo owoców. Wielu z nich próbowałam po raz pierwszy w życiu: chirimoya, lucuma, granadilla, a inne, takie jak ananasy czy mango miały niepowtarzalny, soczysty smak, którego nie mają w Polsce. Poza tym każdy region szczyci się jakimś specjałem i tak na przykład na wybrzeżu koniecznie trzeba spróbować ceviche, narodowej potrawy Peru, która składa się z kawałków surowej ryby marynowanej w soku z limonki z dodatkiem cebuli, papryki, kolendry, w towarzystwie kukurydzy gotowanej (choclo) i prażonej (canchita), yuki i słodkich ziemniaków camote. W Arequipie króluje nadziewana mięsem, ostra papryka rocoto relleno w towarzystwie ziemniaczanej zapiekanki pastel de papa, a w regionie Andów spróbujemy wyśmienitych zup na bazie drobnej kaszy quinua albo pieczonej w całości świnki morskiej zwanej cuy (której nie odważyłam się spróbować). W Amazonii zjemy juane, kulę z ryżu z kurczakiem i jajkiem zawiniętą w liście, pieczone lub gotowane banany (odmiana niesłodka, smakuje jak ziemniak) lub suri, szaszłyki z wielkich tłustych larw. Desery zaskakują tym, jak bardzo są słodkie (mnóstwo z nich robi się na bazie kajmaku), polecam ciastko zwane alfajor, którego są niezliczone rodzaje w zależności od miejsca, ale składają się zawsze z dwóch warstw ciasta, pomiędzy którymi znajduje się słodka masa krówkowa. Narodowym drinkiem jest pisco sour, składający się z lokalnej wódki z winogron zwanej „pisco”, soku z limonki, trzcinowego cukru i pianki z ubitego białka.
W każdym mieście znajdziemy też mnóstwo chińskich restauracji zwanych „Chifa” (są niemal na każdym kroku!). Większość serwuje podobne menu, w którym nie może zabraknąć smażonych pierożków wantan, kurczaka, ryżu i słodziutkiego sosu. Osobiście zakochałam się w tej peruwiańskiej odmianie kuchni chińskiej.
Nie sposób wymienić tutaj wszystkich potraw, ale Peru jest bardzo bogate kulinarnie, a oprócz lokalnych barów posiada też wykwintne restauracje. Peruwiańska kuchnia uchodzi ostatnimi czasy za jedną z najlepszych na świecie!




8. Gdzie jechać?
Ostatnia, ale i najprzyjemniejsza część – gdzie właściwie jechać? A jak już będziemy wiedzieli gdzie, to jeszcze musimy wiedzieć kiedy, aby na przykład pora deszczowa nie popsuła nam wyjazdu.
Wielu podróżników twierdzi, że największe atrakcje Peru są przereklamowane, że są zadeptywane, że tłok, że komercja. Być może. Mimo wszystko jednak nie wyobrażam sobie, by móc opuścić Peru i nie zobaczyć Machu Picchu, jeziora Titicaca czy kanionu Colca. W końcu z jakiegoś powodu stały się słynne, a Machu Picchu o świcie robi tak ogromne wrażenie, że zaraz zapominamy o olbrzymiej kolejce przy wejściu, cenach biletów i grupach turystów.

Tak więc najpierw największe atrakcje kraju: Lima (centrum historyczne w okolicach Plaza de Armas, kosmopolityczna dzielnica Miraflores i artystyczne Barranco, ciekawe muzea archeologiczne ze sztuką prekolumbijską), Cuzco, stolica dawnego państwa Inków, inkaskie ruiny wokół miasta (Tambomachay, Pukapukara, Q’enko, Sacsaywamán), miejscowości w Świętej Dolinie Inków (Pisac, Urubamba, Ollantaytambo), Aguas Calientes i ruiny Machu Picchu, jezioro Titicaca (Puno, pływające wyspy Uros, wyspa Taquile i Amantani, gdzie można przenocować w domu lokalnej rodziny), Ica i Huacachina (miasto i oaza położone na pustyni), tajemnicze rysunki na płaskowyżu Nazca, bogaty przyrodniczo półwysep Paracas i wyspy Ballestas, Arequipa i eksplorowany po raz pierwszy przez Polaków kanion Colca, kolonialne Trujillo i prekolumbijskie ruiny w pobliżu miasta, Park Narodowy Huascarán dla miłośników wysokogórskich wędrówek z bazą wypadową w mieście Huaraz, czy wreszcie dżungla amazońska (moja trasa prowadziła przez miasto Tarapoto, rzeką Huallaga do rezerwatu Pacaya-Samiria, a później rzekami Ukajali i Amazonką do Iquitos).
Są też miejsca mniej znane i rzadziej odwiedzane, a równie ciekawe, szczególnie dla miłośników archeologii i prekolumbijskich ruin, których w Peru jest niezliczona ilość – na przykład stanowisko Chavín de Huántar lub Caral, najstarsze miasto obu Ameryk. Jest region Selva Central w regionie Oxapampy, dżungla bliżej Limy jeśli ktoś nie może wybrać się w rejon Iquitos, są góry, kaniony i wodospady mniej znane i rzadziej odwiedzane jak kanion Cotahuasi czy wodospad Gocta, miasta mniej turystyczne jak Piura na północy, czy ruiny nie tak sławne, a tak imponujące, jak te ukryte w okolicach Chachapoyas.
Historia, kultury, tradycje, tereny, które wciąż czekają w Peru na odkrycie. Jeśli macie mnóstwo czasu, warto eksplorować rzadziej odwiedzane miejsca. Jednak jeśli wasz pobyt w Peru jest czasowo ograniczony, polecam odwiedzić mimo wszystko te najsłynniejsze zabytki, gdyż nie bez powodu są tak sławne na całym świecie.



9. Kiedy jechać?
Jeśli chodzi o Limę to przez 9 miesięcy w roku (mniej więcej od marca do listopada) miasto spowija wilgotna mgła zwana garúa. Niebo jest białoszare i słońca nie widać (co nie oznacza, że nie grzeje, o czym łatwo przekonają się osoby z jasną karnacją). Zima trwa od lipca do października i temperatura nie spada raczej poniżej 15 stopni, ale wysoka wilgotność sprawia, że odczuwamy chłód. Lato (grudzień-marzec) jest za to zwykle gwarancją upału i błękitnego nieba. Deszczu ani śniegu nie ma wcale.
Jeśli znudzi nam się bezbarwne niebo Limy, wystarczy wyjechać dwie godziny na północ lub południe wzdłuż pustynnego wybrzeża, by przez cały rok cieszyć się gorącym słońcem. Jeśli chodzi o Andy i Amazonię to pora deszczowa w tych regionach trwa mniej więcej od listopada do marca. Wtedy nie warto raczej wybierać się w góry (w lutym na przykład nieczynne jest słynne Inka Trail, a Machu Picchu co prawda można odwiedzić bez tłumu turystów, ale spowite jest mgłą). Ja odwiedziłam w listopadzie Huaraz i okolice, i większość szczytów była niewidoczna, a ruiny zwiedzałam w deszczu. Co innego z Amazonią – w porze deszczowej ma wiele uroków, bo wody wzbierają i można na przykład podziwiać dzielnicę „pływających domów” Belén w położonym wśród dżungli mieście Iquitos. Jeśli jednak wybieramy się w głąb selwy, lepiej wybrać porę suchą. Ja odwiedzałam rezerwat Pacaya-Samiria w październiku i był to idealny czas, tuż przed porą deszczową. Wody wezbrały już na tyle, że nie było problemu z przemieszczaniem się czółnem po drobnych rzeczułkach, a jednocześnie wciąż świeciło mocne słońce i można było zaobserwować mnóstwo gatunków zwierząt, które w porze deszczowej chowają się w głębi lasu.


Mam nadzieję, że ten zbiór subiektywnych, praktycznych informacji o Peru przyda się komuś, kto planuje podróż do tego fascynującego kraju, a wciąż trochę się boi. Nie ma czego, a naprawdę warto jechać! Zdarzało mi się podróżować po Peru samej i spotykałam się raczej z życzliwością i pomocą spotkanych ludzi. Jak w każdym miejscu, trzeba jednak zachować trochę zdrowego rozsądku i niezbędnej ostrożności. 
Buen viaje!

25.08.2013

Caral, najstarsze miasto obu Ameryk / Caral, la ciudad más antigua de las Américas

Trzeba wyruszyć z Limy bardzo wcześnie, aby po czterogodzinnej podróży dotrzeć do miejsca, które wciąż rzadko odwiedzane jest przez zagranicznych turystów, mimo jego wielkiego znaczenia.

Caral jest wielkim stanowiskiem archeologicznym leżącym w Dolinie Supe. Docieram do miasteczka o tej samej nazwie, Supe, by stamtąd zbiorczym samochodem „colectivo” dojechać do malutkiego Caral, skąd czeka mnie jeszcze 15-minutowy spacer wśród pustynnych krajobrazów do ruin. Miasto odkryto całkiem niedawno, mój lokalny przewodnik opowiada, że kiedy był małym chłopcem, bawili się razem z innymi dziećmi na szczytach piramid, przekonani, że to zwykłe pagórki. Obejście terenu zajmuje sporo czasu, bo jest olbrzymi, złożony z wielkiej ilości świetnie zachowanych piramid, amfiteatrów, budynków, świątyń i innych konstrukcji. Charakterystycznym elementem dla dawnych kultur na tych terenach jest też okrągły, wgłębiony plac, na którym odbywały się różne ważne uroczystości. Powstanie Caral datuje się na 3000 rok p.n.e., co oznacza, że jest najstarszym odkrytym miastem obu Ameryk, i że cywilizacja na tych terenach jest równa wiekiem cywilizacjom starożytnego Egiptu czy Indii. Odkryto tam też najstarsze „kipu”, system zapisu, którego wciąż używali Inkowie 4 tysiące lat później! W mieście nie odnaleziono żadnych śladów wojen ani walk, za to dużo przedmiotów związanych z kultem, handlem i rozrywką (muszle, owoce z dżungli, instrumenty muzyczne). Caral było prawdopodobnie wzorcem architektonicznym dla innych, późniejszych kultur prekolumbijskich regionu.

Na stu turystów odwiedzających najstarsze miasto Ameryki, tylko trzydziestu to obcokrajowcy. Samo Caral, wioska, od której stanowisko archeologiczne wzięło swoją dzisiejszą nazwę, jest malutkie, spokojne, czas zatrzymał się tu w miejscu. Po drodze pozdrawia mnie uśmiechnięty staruszek, kobiety pracują w polu zbierając kukurydzę. Ruiny emanują historią, starożytnością. Idealne miejsce dla wędrowców lubiących doświadczenia z dala od utartego szlaku.


Hay que salir de Lima muy temprano para llegar, después de un viaje de cuatro horas, al lugar visitado todavía raramente por los turistas extranjeros, a pesar de su gran importancia.

Caral es un enorme puesto arqueológico situado en el Valle de Supe. Llego a una pequeña ciudad del mismo nombre, Supe, para tomar un carro “colectivo” que me lleve a la localidad de Caral de donde tengo que dar un paseo de unos 15 minutos entre los paisajes desérticos hasta llegar a las ruinas. La ciudadela se descubrió hace poco tiempo relativamente, mi guía local dice que cuando era niño, jugaba con sus amigos encima de las pirámides, creyendo que eran unas colinas normales. Se necesita bastante tiempo para visitar el terreno porque es enorme, compuesto por una gran cantidad de pirámides bien conservadas, anfiteatros, edificios, templos y otras estructuras. Un elemento característico de esas culturas antiguas era también una plaza circular hundida, una escena de varias celebraciones importantes. La fundación de Caral se remonta al año 3000 a.d.C. que significa que es la ciudad más antigua descubierta en las Américas y que la civilización en estas tierras tiene la misma edad que las grandes civilizaciones del antiguo Egipto o de la India. Se descubrió allí también un “quipu” más antiguo, ¡el sistema de contar que todavía 4 mil años después utilizaban los Incas! En la ciudadela no se encontraron ningunas huellas de guerras o luchas pero sí muchos objetos ligados al culto, comercio y diversión (conchas, frutas de la selva, instrumentos musicales). Caral probablemente fue un modelo arquitectónico para las culturas posteriores de la región.

De cada cien turistas que visitan la ciudad más antigua de América, sólo treinta son extranjeros. El mismo Caral, un pueblecito de donde saca su nombre el puesto arqueológico, es pequeño y tranquilo, el tiempo aquí ha parado. En el camino me saluda un ancianito sonriente, unas mujeres trabajan en el campo recogiendo maíz. Las ruinas irradian la historia, la antigüedad. Es un lugar ideal para los viajeros que quieren experimentar algo especial fuera de los recorridos comunes.



Więcej zdjęć/Más fotos: KLIK

23.08.2013

Trujillo i okolice / Trujillo y sus alrededores

Kultura Moche, zwana też Mochica, pozostawiła po sobie tak niezwykle realistyczną ceramikę, że wprawia w zachwyt każdego, kto ogląda jej egzemplarze w muzeach sztuki prekolumbijskiej Peru. Przedstawia wszelkie aspekty życia codziennego jej członków, zwierzęta i ludzkie twarze – wiernie i realistycznie, jak na portretach. Ceramika podobno związana jest z rytuałami pogrzebowymi, utrwalano przy jej pomocy twarz zmarłego, dlatego twarze noszą często znamiona indywidualne, jak kalectwo czy starość. Kultura ta rozwijała się na północy dzisiejszego Peru mniej więcej od I w. p.n.e. do VIII w. n.e.

Aby zobaczyć najważniejsze ruiny jakie zostały po cywilizacji Mochica, należy udać się w okolice Trujillo, ślicznego kolonialnego miasta na północy Peru, blisko wybrzeża Pacyfiku. Zwiedzam kolorowe centrum miasta, pełne budynków-perełek pozostawionych przez Hiszpanów. Spotykam tam Andresa, chłopaka z Limy, który zna okolice lepiej niż ja i pomaga mi trochę – cieszę się, bo urocze Trujillo jest podobno jednym z bardziej niebezpiecznych miast Peru. Razem zwiedzamy wnętrza kościołów i kolonialnych rezydencji miasta. Później wsiadam w małego busika, który wyrzuca mnie przy ruchliwej drodze, obok skrętu w stronę Piramid Słońca i Księżyca (Huacas del Sol y de la Luna). Stamtąd jadę mototaxi na miejsce, najpierw zwiedzam muzeum a potem czekam aż zbierze się grupa z przewodnikiem. Piramidę Słońca obserwujemy z daleka, bo nie jest udostępniona do zwiedzania. Jest dużą strukturą, ale okazuje się, że była jeszcze większa – niestety hiszpańscy zdobywcy i rabusie grobów przekierowali bieg rzeki dla swoich interesów, tak że zmyła większą część imponującej budowli. Piramida Księżyca, mimo że pierwotnie mniejsza, teraz jednak robi duże wrażenie. Tym, co mnie zachwyca szczególnie, są kolorowo malowane freski na ścianach. Kolory są oryginalne i przetrwały od czasów kultury Moche! Jak to możliwe? Co jakiś czas dobudowywano nowe warstwy piramidy, zasłaniając stare, dzięki czemu freski pod przykryciem mogły zachować się prawie nienaruszone do czasu odkrycia ich przez archeologów. Wewnątrz prawdopodobnie znajdują się kolejne, nieodkryte, piękne warstwy, jednak nie można ryzykować ich odkrycia, bo piramida mogłaby się zawalić, a na pewno trzeba byłoby zniszczyć już odnalezione malowidła.

Wokół – pustynia i słoneczny żar. Po zwiedzaniu ruin najlepiej więc wybrać się nad ocean, do pobliskiego miasteczka Huanchaco, położonego o 15 minut drogi od Trujillo. Mam dużo szczęścia, bo ruiny Huacas del Sol y de la Luna zwiedzają ze mną brazylijscy surferzy, którzy udają się swoim samochodem dokładnie tam i godzą się zabrać mnie ze sobą. Popołudnie i poranek następnego dnia spędzam w Huanchaco, odpoczywając nad Pacyfikiem, objadając się potrawami ze świeżych ryb i obserwując rybaków na tradycyjnych łodziach z trzciny zwanych “caballitos de totora”. Ile w nich tradycji, a ile szopki dla turystów, nie wiem, ale odpoczynek nad oceanem dobrze mi robi przed kolejnym dniem zwiedzania prekolumbijskich ruin.

Po odpoczynku nad Oceanem Spokojnym, chcę obejrzeć jeszcze jedne ruiny, które znajdują się w okolicach Trujillo, a należą już do innej kultury, zwanej Chimú. Rozwijała się ona w IX-XI w. n.e., wzorując się na kulturze Mochica. Ekspansji kultury Chimú położył kres jej podbój przez Inków. Stolicą tej kultury było Chan Chan, ogromne miasto (prawdopodobnie największe w Ameryce prekolumbijskiej), zbudowane z glinianej cegły “adobe”. Wewnątrz znajdowały się domy, pałace, świątynie, zbiorniki wodne. Motywem zdobiącym mury miasta były wyciskane w glinie rysunki związane z morzem: różne ryby i ptaki. Aktualnie Chan Chan można zwiedzać i robi duże wrażenie, jednak większa część miasta jest niestety zrekonstruowana, by dać obraz tego, jak wspaniale wyglądało niegdyś.

Jeśli kogoś zawiodło Chan Chan z tego powodu, że jest tylko rekonstrukcją, powinien odwiedzić inne pozostawione przez kulturę Chimú piramidy, które są co prawda mniejsze, ale za to prawie całkowicie oryginalne, łącznie z pięknymi płaskorzeźbami, pokrywającymi mury. Pierwsza ze świątyń, którą zwiedzam, położona nieco dalej obok miasteczka Esperanza, nazywa się Huaca Arco Iris – “Świątynia Tęczy”. Nazwa pochodzi od motywów wyrzeźbionych na murach. Druga ze świątyń znajduje się już w obrębie miasta Trujillo i nosi nazwę La Esmeralda. Jest nieduża, ale również dobrze zachowana.

Do wszystkich tych miejsc wystarcza kupić jeden bilet, problem pojawia się jednak by do nich dotrzeć. Nie ma żadnego transportu, można tylko łapać taksówki, lub wynająć jedną, która zawiezie nas po kolei do wszystkich miejsc i poczeka na nas aż je zwiedzimy. Na miejscu są dostępni też przewodnicy za dodatkową opłatą, którzy mogą opowiedzieć wszystko o ruinach. Niestety, moje fundusze wystarczają tylko na jedno – albo transport albo usługi przewodników. Wolę więc doczytać informacje na ten zwiedzanych miejsc. Na koniec wracam do kolonialnego centrum Trujillo, gdzie znów całkiem przypadkowo spotykam Andresa i spędzamy w mieście jeszcze trochę czasu przed powrotem do Limy. Żałuję, że nie mam więcej czasu, by wyruszyć dalej na północ i zobaczyć Chiclayo i Sipán. To kolejny powód, by wrócić kiedyś do Peru.
La cultura Moche, llamada también Mochica, dejó unos ejemplos de cerámica tan realistas que encantan a todos los que los ven en los museos del arte precolombino del Perú. Muestra todos los aspectos de la vida diaria de sus representantes, animales y caras humanas muy fieles a la realidad, como los retratos. Se supone que la cerámica está vinculada a los rituales funerarios, para perpetuar la cara del difunto, porque las caras tienen siempre rasgos individuales como la vejez o algunas deformaciones. Esta cultura se desarrolló en el norte del Perú actual, desde más o menos el s. I a.d.C. hasta el s. VIII d.C.

Para ver las ruinas más importantes que permanecieron después de la civilización Mochica, hay que viajar a Trujillo, una preciosa ciudad colonial en el norte del Perú, cerca de la costa del Pacífico. Visito el centro de la ciudad lleno de colores y de edificios que son perlas verdaderas dejadas por los españoles. Encuentro a Andrés, un chico de Lima que conoce mejor la zona y me ayuda un poco. Me alegro porque dicen que el hermoso Trujillo es una de las ciudades más peligrosas del Perú. Juntos visitamos las iglesias y residencias coloniales de la ciudad. Luego subo un ómnibus pequeño que me deja en la carretera con mucho tráfico, al lado del desvío hacia las pirámides Moche, las Huacas del Sol y de la Luna. Desde allí voy en mototaxi a las huacas, primero visito el museo y luego espero al grupo con el guía. La Huaca del Sol la observamos desde lejos, porque no se la puede visitar todavía. Es una estructura enorme pero fue aun más grande: desgraciadamente, los conquistadores españoles y los llamados “huaqueros” que roban las tumbas, cambiaron el cauce del río según sus intereses y el agua destruyó la mayor parte de la construcción imponente. La Huaca de la Luna, originalmente menor, ahora puede impresionar mucho. Lo que me encanta son los frescos pintados de colores en las paredes. Los colores son originales de la época de la cultura Moche. ¿Cómo es posible? Cada vez se construían capas nuevas de la pirámide, tapando las antiguas, así que los dibujos tapados pudieron conservarse casi intactos hasta su descubrimiento por los arqueólogos. En el interior de la huaca probablemente hay más capas hermosas, cubiertas todavía pero corre el riesgo del colapso de la pirámide al descubrirlas y habría que destruir los dibujos ya visibles.

Alrededor: el desierto y el sol muy fuerte. Después de visitar las ruinas lo mejor es ir a la costa, a la localidad cercana de Huanchaco que se halla a unos 15 minutos de Trujillo. Tengo mucha suerte porque las ruinas de las Huacas del Sol y de la Luna visito junto con unos surfers brasileños que van en su carro justo allí y aceptan llevarme. La tarde y la mañana del día siguiente paso en Huanchaco descansando a la orilla del Pacífico, comiendo platos de pescado fresco y observando los pescadores en sus barcos tradicionales llamados “caballitos de totora”. ¿Cuánto es tradición y cuánto sólo el teatro para turistas? No sé, pero el descanso a la orilla del océano me parece muy bueno antes del nuevo día que voy a pasar visitando las ruinas precolombinas.

Después de descansar en las playas del Océano Pacífico, quiero ver todavía otras ruinas en las cercanías de Trujillo, que pertenecen ya a la cultura llamada Chimú. Se desarrolló en los siglos IX-XI, basándose en la cultura Mochica. La expansión de la cultura Chimú fue frenada por la conquista de los Incas. La capital de esa cultura fue Chan Chan, una ciudad enorme (probablemente la más grande de la América precolombina), construida de ladrillo de barro llamado “adobe”. Dentro había casas, palacios, templos, embalses artificiales. El motivo que decoraba los muros de la ciudad fueron dibujos vinculados al mar: varias peces y aves. Actualmente Chan Chan puede ser visitado y hace impresión pero la mayor parte de la ciudad desgraciadamente está reconstruida para dar una imágen de cómo era antes.

Si alguien se siente decepcionado por Chan Chan por el hecho de que esté reconstruido, debería ver otras pirámides hechas por la cultura Chimú que son menores, pero casi totalmente originales, incluyendo los bellos bajorrelieves que cubren los muros. El primero de los templos que visito se halla un poco más lejos, al lado de la ciudad de Esperanza, se llama la Huaca Arco Iris por los motivos esculpidos en los muros. La segunda está ya dentro de la ciudad de Trujillo y se llama La Esmeralda. Es pequeña, pero bien conservada.

Para todos estos lugares basta comprar sólo un boleto, pero hay un problema para llegar a ellos. No hay ningún transporte, se puede sólo tomar taxis o un taxi que nos lleve a todos estos sitios y espere a que los visitemos. Se pueden también visitar con un guía que puede contar toda la historia de las ruinas si le pagamos. Desgraciadamente, tengo plata sólo para una cosa: o transporte, o servicio de guía. Prefiero pues leer las informaciones sobre los lugares visitados. Al final, vuelvo al centro colonial de Trujillo donde de nuevo encuentro por casualidad a Andrés y pasamos un poco de tiempo más en la ciudad antes de volver a Lima. Siento no tener más tiempo para ir más al norte del país para conocer Chiclayo y Sipán. Es una de las razones más para regresar algún día al Perú.



Trujillo:





Huanchaco:




Chan Chan:





Arco Iris y La Esmeralda: 





Moche:




 

Więcej zdjęć/Más fotos: KLIK

18.08.2013

Parque Nacional Huascarán

Wspominałam już o niesamowitym zróżnicowaniu krajobrazów i stref klimatycznych Peru. Wiecie już, że są tam plaże nad Pacyfikiem, pustynie, kaniony i wulkany, amazońska dżungla… i wreszcie coś dla miłośników wysokich gór, czyli andyjskie szczyty.

Do Huaraz, stolicy peruwiańskiej turystyki wysokogórskiej, docieram dopiero porą deszczową, w listopadzie. Kapryśna pogoda (i nie oszukujmy się, również ceny trekkingów!) nie pozwalają mi więc na długie wędrówki, jednak nie mogę opuścić tego miejsca bez próby zobaczenia chociaż ułamka cudów Parku Narodowego Huascarán.

Park Narodowy Huascarán bierze swoją nazwę od najwyższego szczytu Peru (6768 m n.p.m.) i zarazem najwyższej ośnieżonej góry w klimacie tropikalnym. Należy do Kordyliery Białej (Cordillera Blanca), na której terenie znajduje się ponad 50 szczytów o wysokości wyższej niż 5700 m n.p.m. (Ameryka Północna ma tylko trzy szczyty przekraczające tę wysokość, a Europa żadnego!). Park Narodowy Huascarán chroni praktycznie cały obszar Cordillera Blanca powyżej 4000 m. n.p.m., posiada ok. 600 lodowców, 300 jezior i różne endemiczne gatunki zwierząt czy roślin (takie jak na przykład widoczna na zdjęciach puya raimondi). Z drugiej strony Cordillera Blanca znajduje się Cordillera Negra (Kordyliera Czarna, nazwana tak z powodu braku śniegu). Pomiędzy nimi biegnie dolina i droga zwana Callejón de Huaylas. Region Peru, w którym się znajdujemy nazywa się Ancash, a jego największe miasto i punkt wypadowy górskich wypraw to miasto Huaraz. W pobliżu znajduje się też jedno z najważniejszych i najstarszych stanowisk archeologicznych Peru - Chavín de Huántar, któremu poświęciłam poprzedni wpis.

Jedziemy wśród górskich szczytów, jeziorek z gazowaną wodą mineralną o niesamowitych kolorach i ogromnych roślin, puya raimondi, które występują tylko na tym terenie, by wreszcie wspiąć się, wśród chmur i siąpiącego deszczu, na wysokość 5400 m. n.p.m. do lodowca Pastoruri. Wycieczka młodzieży z Limy, która nam towarzyszy zachwyca się widokiem i dotykiem śniegu – my śmiejemy się tylko, bo za śniegiem akurat nie zdążyłyśmy się aż tak bardzo stęsknić… Wysokość, na której jesteśmy robi jednak wrażenie, to mój rekord! Na szczęście nic mi nie dolega, po poprzednich podróżach przez Peru mój organizm zdążył się już chyba przyzwyczaić do wysokości.

Następnego dnia świeci piękne słońce, a ja jadę obejrzeć jedno z wielu jeziorek położonych wśród gór – Laguna Chinancocha jest jedną z dwóch wchodzących w skład Quebrada Llanganuco. Woda ma niesamowity, turkusowy kolor. Odwiedzamy też miasteczka rozsiane wzdłuż doliny Callejón de Huaylas i ogromne cmentarzysko – Camposanto de Yungay. Jest milczącym i wstrząsającym świadectwem tragicznego trzęsienia ziemi, które w 1970 roku sprowadziło z gór lawinę, która dosłownie pogrzebała żywcem całe śliczne miasteczko Yungay wraz z jego mieszkańcami. Przeżyli tylko ci, którzy akurat byli na wzgórzu przy figurze Chrystusa. Miasto odbudowano nieco dalej, w innym miejscu, a spacerujący dziś po cmentarzysku turyści mogą zadumać się nad nieubłaganą siłą natury i nad tym, że podobna tragedia w każdej chwili może się powtórzyć.

Spoza chmur widać tylko czubek dumnego Huascarana, który sprowadził na miasto nieszczęście – to olbrzymia bryła, która oderwała się z jego szczytu, spowodowała dramat. Mimo to, ludzie żyją tu nadal, a wędrowcy wciąż powracają zdobywać przepiękne ośnieżone szczyty peruwiańskich Andów. Jeden z nich, Alpamayo, uznany został za najpiękniejszą górę świata. Wracając do Limy, żałuję, że nie mam więcej czasu na trekking po tym prześlicznym i dzikim zakątku naszej planety.
Ya he escrito sobre la extraordinaria diversidad de los paisajes y de las zonas climáticas del Perú. Ya sabéis que tiene playas junto al Pacífico, desiertos, cañones y volcanes, la selva amazónica... y por fin algo para los aficionados a las montañas altas: las cumbres andinas.

A Huaraz, que es la capital peruana del turismo de montaña, llego en noviembre, ya en el tiempo lluvioso. El tiempo caprichoso (y a decir la verdad, también los precios de las excursiones) no me permiten largas caminatas, pero no puedo abandonar este lugar sin el intento de ver por lo menos una parte de las maravillas del Parque Nacional Huascarán.

El Parque Nacional Huascarán lleva el nombre de la montaña más alta del Perú (6768 m snm) que es a la vez la montaña cubierta de nieve más alta del clima tropical. Pertenece a la Cordillera Blanca en cuyo terreno hay más de 50 cumbres superiores a 5700 m snm. (América del Norte tiene solo tres montañas que superan esta altura, ¡mientras Europa no tiene ninguna!). El Parque Nacional Huascarán protege casi todo el terreno de la Cordillera Blanca superior a 4000 m snm, tiene unos 600 glaciares, 300 lagunas y muchas especies endémicas de animales o plantas (como por ejemplo la puya raimondi que se puede ver en las fotos). Del otro lado de la Cordillera Blanca está la Cordillera Negra (llamada así por falta de nieve). Entre ellos está el valle y la ruta llamada el Callejón de Huaylas. La región del Perú en la que estamos se llama Áncash y su ciudad más grande y el punto donde empiezan las expediciones es Huaraz. Por aquí cerca está también uno de los más importantes y más antiguos sitios arqueológicos del Perú: Chavín de Huántar, ya descrito por mí últimamente.

Vamos por las montañas, admiramos lagunas con agua mineral de colores maravillosos y plantas enormes, puya raimondi, que aparecen sólo aquí, para llegar finalmente, entre nubes y lluvias, a la altura de 5400 m snm hasta el glaciar Pastoruri. Los jóvenes limeños que están con nosotros, se quedan estupefactos pudiendo ver y tocar la nieve: nosotras sólo reímos porque la nieve es algo que todavía no hemos vuelto a echar de menos... Pero la altura nos impresiona, ¡es mi récord! Felizmente, no tengo el mal de altura, mi organismo ya se ha acostrumbrado después de tantos viajes por el Perú.

Al día siguiente hace sol estupendo y voy a ver una de tantas lagunas situadas entre las montañas: laguna Chinancocha es una de las dos que forman la Quebrada Llanganuco. Sus aguas son de color turquesa magnífica. Visitamos también los pueblos del Callejón de Huaylas y un cementerio grandísimo: Camposanto de Yungay. Es un mudo testigo de un terremoto trágico que, en el año 1970, trajo consigo la avalancha que literalmente sepultó en vivo toda la hermosa ciudad de Yungay junto con sus habitantes. Sobrevivieron solo aquellos que estaban en la colina, junto a la estatua de Cristo. La ciudad fue reconstruida en otro lugar, un poco más lejos, y los turistas que caminan hoy en día por el camposanto pueden reflexionar sobre la implacable fuerza de la naturaleza y sobre la tragedia que puede repetirse en cualquier momento.

Detrás de las nubes se puede ver solo la cumbre del altivo Huscarán que causó la desdicha de la ciudad: fue un bloque enorme que se había apartado de la montaña, el que llevó a la tragedia. A pesar de ello, la gente sigue viviendo allí y los caminantes vuelven para conquistar las hermosas cimas nevadas de los Andes peruanos. Una de ellas, Alpamayo, fue reconocida como la montaña más bella del mundo. Volviendo a Lima, siento pena por no tener más tiempo para hacer excursionismo en este hermoso y salvaje rincón del nuestro planeta.

Camposanto de Yungay:





Parque Nacional Huascarán:



 

 Nevado Pastoruri:


 


 Więcej zdjęć/Más fotos: KLIK


O MNIE

Ola, studentka filologii hiszpańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pobyt w Peru to spełnienie moich marzeń. Serdecznie zapraszam do poznawania wraz ze mną tego fascynującego kraju! Kontakt

CHCESZ UCZYĆ SIĘ HISZPAŃSKIEGO? JEŚLI JESTEŚ Z KRAKOWA TO ZAPRASZAM NA LEKCJE DO MNIE! Kontakt powyżej :)

Zainteresowanych zapraszam również na mojego bloga poświęconego hiszpańskiemu Camino de Santiago.


SOBRE MÍ

Me llamo Ola, soy estudiante de Filología Hispánica en la Universidad Jaguelónica de Cracovia. La estancia en Perú es mi sueño cumplido.
Queridos amigos hispanohablantes, perdón por los errores, todavía me queda mucho que aprender.

Archiwum / Archivos